Gdybyście mieli jakieś pytania lub chcielibyście do mnie po prostu napisać prywatną wiadomość, możecie skontaktować się ze mną mailowo: olka.fasolka000@gmail.com

środa, 8 listopada 2017

Targi Książki 2017 - Agata Widzowska w Łodzi

                      Hura hura przyjeżdża do Łodzi moja ciocia Agata! 


25 listopada w Łodzi na ulicy Politechniki 4 w Hali Expo odbędą się Targi Książki. 


W godzinach 15:00 - 16:30 Ciocia Agata będzie podpisywała książki na stoisku 46. 


Ja też tam będę i zapraszam czytaczy mojego bloga.




niedziela, 22 października 2017

Powitanie jesieni

Gdy inni nawet nie myślą o wyjściu z domu w taką pogodę ...


... Ola wita jesień jak rasowa warszawianka w pięknych pantofelkach ... 


Dla niewtajemniczonych o co nam chodzi, taka ciekawostka... w Łodzi pantoflami nazywa się kapcie, buty po domu, bambosze. W Warszawie pantofelki to buty wyjściowe, lakierki. To taka mała lekcja o regionalnych słówkach. 

Ale wracamy do powitania jesieni ...

w deszczu też można się świetnie bawić ...


... podziwiać stare drzewa i zastanawiać się, co widziały kilkanaście albo kilkadziesiąt lat wcześniej ...


... rzucać się liśćmi, aż piach zgrzyta w zębach ... 


...pozować jak super modelka ... 


...  zachwycać się odnowionymi z budżetu obywatelskiego puszkami elektrycznymi ... 


...albo można po prostu wpaść do Plastusia ... 


Jak głosi znana piosenka .... Podobno w deszczu dzieci się nudzą ..... Podobno ;) bo my na pewno nie. 


czwartek, 7 września 2017

Nowe (nieludzkie) prawo

Po codziennych wpisach z wakacji, na blogu Oli zapanowała cisza. Ale ciszy nie ma w jej życiu i w życiu jej rodziny. Zaczął się rok szkolny, a wraz z nim powraca sprawa przewozu do szkoły, z tą różnicą, że 2 lata temu walczyliśmy z urzędami, a teraz weszła ustawa z 14 grudnia 20016 r. zabierająca prawo dowozu dzieci na wózkach do szkoły.
Sprytnie i podle wymyślono tę ustawę zmieniając nazwę szkoły z Zespół Szkół Zawodowych Specjalnych nr 2 w Łodzi na Szkoła Specjalna Przysposabiająca do Pracy nr 2 w Łodzi. Tak naprawdę nic się nie zmieniło w życiu szkoły. Dzieci z Oli klasy nigdy nie będą samodzielnie zdolne do pracy. Nazwa "Przysposabiająca do Pracy" to fikcja, zabierająca możliwość do korzystania z przewozów.
Do tej pory dzieci ze sprzężonymi niepełnosprawnościami ruchowymi i intelektualnymi do 24 roku życia mogły korzystać z dowozu do szkoły. A teraz stoimy przed wyborem czy Mama Oli ma zwolnić się z pracy i przejść na zasiłek pielęgnacyjny 1300 zł. i powiększyć kolejki w Mopsie, czy rentę Oli 700 zł. po dołożeniu jeszcze pewnej kwoty przeznaczyć na dowóz do szkoły.
Tragiczny w moich oczach jest fakt, że przewóz który woził Olę 2 lata kursuje w dalszym ciągu po Łodzi, jest jeszcze wolne miejsce, ale nie dla mojej wnuczki. Zabrania tego prawo.
Ja dziękuję już za dobrą zmianę, za wykluczenie dziecka z grupy rówieśników też chorych, ale od 10 lat razem, za wieczne dylematy rodziców i podejmowanie trudnych decyzji.
Przekleństwa Owsiaka to klasyka w porównaniu z tym co mnie się ciśnie na usta.
                                                                                                                                            Babcia Mirka

piątek, 1 września 2017

Dzień 20 etapu 3 (2017)

Po wczorajszej, ekstremalnej wycieczce, rozpadał się deszcz i rozpętała  burza. Prognozy zapowiadały na dzisiaj całodzienny deszcz. No ale przecież nie można było zakończyć marszu (dzisiaj mamy ostatni dzień) pod tablicą, bez rozeznania terenu. 

                                               

Po długiej, porannej naradzie stwierdziliśmy, że idziemy tylko do Osłonina (znamy to nasze tylko), zobaczyć gdzie zakończyć marsz. I tak sobie myśleliśmy, że być może przy molo. Deszcz jeszcze nie padał, a molo było za małe, więc poszliśmy dalej. 


                                            

Taka ciekawostka, jakby ktoś nie widział drzewa uderzonego przez piorun. Do Osłonina prowadziła piękna lipowa aleja. 


Przerwa techniczna dla Olki fizjologiczna, a dla Groszka diagnostyczna. Chyba coś zeżarło rurę wydechową, bo Groszek strasznie pierdzi, no bo nie podejrzewamy go o najedzenie się fasolki po bretońsku. 


Dopiero się rozstaliśmy, a już nas namierzają...


...a my namierzamy ich. Oczywiście rozdzwoniły się telefony: nie idźcie tędy, tylko tamtędy. Oczywiście zrobiłyśmy po swojemu i poszłyśmy swoją drogą. 


To był dobry wybór.

                                    

Bo zamiast wdrapywać się po skarpach, weszłyśmy na teren Rezerwatu Beka.


To już chyba nasze stare znajome. Zamiast słupków kilometrażowych, mamy kolekcję takich:                                                  


Idąc ścieżką rowerową napotkałyśmy super tablicę z niezbędnikiem rowerzysty. Nie wiemy czy była kompletna, bo wisiał tam tylko jeden klucz "francuz", a napis na tablicy brzmiał (dla niedowidzących tłumaczymy): OD FIRMY MNIAM MNIAM, DBAJ O CAŁY SPRZĘT I KLUCZE TAK SAMO JAK MY STARAMY SIĘ DBAĆ O WAS, SZEROKIEJ DROGI 


My powiesiłyśmy Oli wizytówkę:



Na tym pustkowiu, spotkałyśmy starszego Pana, który zainteresował się Olinowym wózkiem, czy posiada napęd elektryczny. Kiedy mu wyjaśniłyśmy, że nie, a my idziemy ogólnie plażą, a Ola jest niepełnosprawna, koniecznie chciał się czym podzielić. Zapewniałyśmy go, że wszystko mamy, że dziękujemy, ale był bardzo, bardzo zawiedziony, że nie może nam w jakiś sposób pomóc. Taka szczerość ludzi jest wielce wzruszająca. Pozdrawiamy Pana i życzymy jemu i jego żonie  dużo zdrowia. Tak to bywa, że ludzie, którzy nie wiele mają, dają dużo (nie chodzi o pieniądze).

Po wyjściu z rezerwatu,  na skraju mokradeł, natknęliśmy się na starą łódź. Zastanawiało nas czy była tu kiedyś woda, czy ktoś ją tu przywlókł. 

                                             

Ostatni rozjazd ścieżki rowerowej dał nam dużo do myślenia. Czy iść do Rewy na cypel, czy dmuchnąć Gdynię? No wiecie - cały czas chodzi o tę plażę. Gdyby nie te chmury, to poszłybyśmy do Rewy przez Gdynię. 

                                              

Taka tam sweet focia :)

                                             

Ledwo się człowiek obejrzał, a tu już Groszek czeka w Rewie. Nawet przez moment żałowałyśmy, że nie skręciłyśmy na Gdynię. 

                                             

Jeszcze tylko zaliczyć cypel:

                                               

A tu Makka się ucieszyła, bo zauważyła plażę. 

                                               

Baśka musiała iść z Olką górą, bo ten labirynt dla niepełnosprawnych nie przewidział gabarytów Olinowego wozu. 



A Makka w końcu poszła po plaży.

                                     

Proszę nam wyjaśnić o co chodzi, bo my tego nie rozumiemy. 

                                     

U podstawy cypla stoi krzyż zasłużonych dla morza. Jest to wyznacznik startu w przyszłym roku. 

                                              


Makka: Chciałam powiedzieć, że Baśka przez całe 12 km taszczyła w plecaku szampana, kombinując w którym miejscu go odbić,  bo przypominam, że miało być to w Osłoninie, po 2 km marszu. 





Ponieważ już zaczęło padać, chłopaki ewakuowali Olkę do wozu, a Makka z Baśką poszły na cypel. W oddali zauważyły skarpę, koło której przechodziły. 


No i finał ligi MISTRZÓW: Cypel Rewski

Baśka: Już myślałam, że Makka się nie zatrzyma i przejdzie mielizną na drugą stronę do Kuźnicy i zacznie marsz od nowa. 


Baśka: Uffff..., ale się w końcu zatrzymała i nawet ustawiła do zdjęcia. 


Makka: Bez przesady, ja też zrobiłam Baśce zdjęcie .... 


... i zainteresowałam się, co tam jest w oddali. Może Gdynia? A czy tam jest daleko? A może by tak tę Gdynię pyknąć? Trzeba wracać do Groszka, przerwa fizjologiczna dla Oli, trudno pyknę w przyszłym roku... 


Makka mówi: Zimą kupiłam sobie mapę (której zresztą nie wzięłam) i zawzięcie ją studiowałam. Liczyłam, liczyłam i pomyślałam, że szczytem będzie jak dojdę na Hel. Jak już byłam na tym Helu, to myślałam, że fajnie by było trochę zawrócić. Jak już zawróciłam, to pomyślałam, że fajnie by było dojść do "Władka", jak już przeliśmy "Władka", to pomyślałam, że fajnie by było zakończyć w Pucku, bo i większe miasteczko i kawałek plaży. Jak już przeliśmy ten Puck, to już sama nie wiedziałam gdzie zakończyć.Gdy wczoraj przechodziliśmy przez te pola, to pomyślałam, że bez sensu zakończyć w rżysku. No to chociaż do jakiegoś małego miasteczka, ale przecież musi być jakiś wyznacznik. No bo przecież nie skończę w środku rezerwatu przyrody. No i co w przyszłym roku zacznę od początku tę samą drogę? Czyli muszę dojść do Rewy, ale w życiu nie przypuszczałam, że na tym cyplu jest tak pięknie. I w sam raz na zakończenie tegorocznej wyprawy. 


ciąg dalszy nastąpi ... do zobaczenia za rok 


Statystyka:
Piątek: 1.09.2017r.
Odcinek: Rzucewo - Rewa (Cypel)
czas:  ~  13:00- 17:30 
Odległość po plaży: 2,5 km 
Odległość całkowita: 14,5 km 
Schodów: 0


czwartek, 31 sierpnia 2017

Dzień 19 etapu 3 (2017)

Dzisiaj zaczniemy trochę inaczej. Mogło by się komuś wydawać, że po wyjściu z domu wskakujemy do wozu i w drogę. Te nasze przygotowania wyglądają jednak trochę inaczej. Każdy ma jakieś zadania. Kuba przygotowuje auto, Baśka prowiant na drogę, Makka Olkę i jej ekwipunek, a Witek przygotowuje swój plecak plażowicza. Każdy każdego sprawdza czy wszyscy wszystko mają. A do tego kto chowa klucze od domku, bo musimy się pochwalić, że jeszcze ani razu ich nie zgubiliśmy. Potem jeszcze trzeba się do tego wozu zapakować. Kiedy lista obecności sprawdzona, wtedy dopiero można ruszać. 


No więc ruszyliśmy. Myśleliśmy, że na tej fotce znowu podzielimy się na grupy, ale wczoraj obczailiśmy Swarzewo i wiedzieliśmy, że mamy przed sobą górkę, jak potem się okazało, nie jedyną tego dnia. 

                                     

Chłopcy pomogli nam wepchnąć wózek pod tę "jedyną" górkę i tu nasze drogi się rozeszły. 
Kuba z Itkiem i Reksiem pojechali do Pucka sprawdzić czy jest ta ukochana plaża dla Makki, a my ścieżką rowerową też do Pucka. 

                                     

Po drodze mijałyśmy wiatraki, które jeszcze wczoraj widziałyśmy w oddali z Helu. 


A tutaj zwróciłyśmy uwagę na duży czerwony budynek na horyzoncie. Zastanawiałyśmy się co to jest i czy to już będzie Puck. I pomyślałyśmy, że to taki kawał, że tam zakończymy. 

                                      

                                     

Idąc trasą rowerową, wyczaiłyśmy wyprzedzającego nas zwiadowce plażowego. 

                                       

I nareszcie: dopiero drugi słupek za półwyspem. 


                                         

Zwiadowca nas wyprzedził, a Olka zwróciła nam na to uwagę. 

                                         

To zdjęcie cyknęła Baśka i proszę zwrócić uwagę na górną część znaku i na państwa, które są tam napisane. Ja Makka - wiem, co ona knuje... 

                                         

Po dojściu do Pucka, nasza zagadka się rozwiązała. Ten duży czerwony budynek to kościół świętego Piotra i Pawła. I w tym momencie jak zwykle rozdzwoniły się telefony. I po hasłach: idźcie w prawo, a potem w lewo, to my będziemy Wam machać, spotkaliśmy się na plaży. 

                                         

Makka nareszcie mogła ściągnąć te cholerne buty i połazić sobie po piachu. 

                                        

Po krótkiej naradzie na plaży, po dokładnym obejrzeniu mapy, której nie zapomnieliśmy, postanowiliśmy iść dalej do przodu. Ponieważ Makka zobaczyła, że plażą można iść jakiś kawałek, a ścieżka rowerowa idzie wzdłuż zatoki, postanowiłyśmy podzielić się na podgrupy podgrup. I Makka poszła plażą, a Baśka z Olką ścieżką rowerową. 


                                        

Makka: Idę sobie, a nade mną wysoki klif, oberwany, wystające korzenie z drzew, ale widok piękny.


                                        

Duże zadziwienie wywołało to coś wychodzące z klifu. Na pewno nie była to ziemianka. 

                                       

Makka: Po przejściu około 1 kilometra, postanowiłam zadzwonić do Baśki z zapytaniem, co u dziewczyn słychać. A tu mi Baśka nadaje, że ścieżka rowerowa ni z tego ni z owego urwała się  bez żadnego wcześniejszego znaku. I stoi na szlaku dla pieszych pod stromą górką, a miała w głowie moje słowa, że się nie cofam i sama już nie wiedziała co ma robić. No cóż plaża plażą, ale wdrapałam się na szlak dla pieszych i moim oczom ukazał się bezkresny obszar zaoranych pól i na horyzoncie dwie małe kropki. 


                                        

Baśka: A my po ostrym zjeździe i dostaniu się pod tę zajebiście stromą górę postanowiłyśmy zaczekać na pomoc. Oceniłam, że wejście pod tę stromiznę nie jest wykonalne dla jednej osoby. I nam na horyzoncie też pojawiła się kropka, ale jedna. 

                                         

Zdjęcie nie oddaje z czym musiałyśmy się zmierzyć. Ta górka była pokryta stwardniałą gliną, pochylona poziomo, a jej stromość oceniłyśmy początkowo na 40, bez kozery powiemy 60 stopni. 
Oglądałyśmy tę górę z dołu i z góry, i długo się zastanawiałyśmy jak to ugryźć. Wiedziałyśmy, że wózek może nas przeważyć, a boczne nachylenie spowodować, że Olka wyleci z wózka. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem było wziąć Olkę na ręce i  tak też zrobiłyśmy. Baśka w asekuracji Makki wtarabaniła Olkę na górkę, ułożyłyśmy ją na miedzy i wróciłyśmy się wciągnąć wózek. 

                                        

Hurrra udało się! 

                                        

Po drodze podziwiałyśmy różne krajobrazy, cykałyśmy fotki mieszkańcom tych okolic i stwierdziłyśmy, że nawet warto było wtarabanić się pod tę górkę dla tych widoków. Gdyby nie jeden drobiazg. Przed naszymi oczami ukazała się jeszcze jedna górka, z jeszcze lepszą stromizną. Technikę zastosowałyśmy podobną. I w dalszym ciągu nie żałowałyśmy tych widoków, tylko za tymi dwoma ukazała się jeszcze jedna, tym razem w dół. Aż ujrzałyśmy dwóch rowerzystów i myślałyśmy, że jesteśmy uratowane i ktoś nam pomoże. Ale panowie popchnęli metr i pojechali dalej. Ale i tak życzymy im szerokiej drogi, szerszej niż my mieliśmy.  

                                          

Na horyzoncie pojawili się prawdziwi faceci, którzy służyli pomocą. Nie dosyć, że nas znaleźli...

                                          

...to jeszcze pomogli stoczyć wózek z kolejnej stromej górki. 

                                          

                                         

A nawet w ogóle przejęli wózek. 
Do Groszka dotarliśmy gęsiego, długą, leśną i błotnistą drogą.

                                         

To taka fotka, żeby wiedzieć gdzie zacząć jutro. 

                                          

Wykończone, w drodze powrotnej do domu marzyłyśmy tylko o kąpieli i jedzeniu. 


A to marzenie w niedługim czasie nam się spełniło, wykąpane dostałyśmy jedzenie do łóżka. 




Statystyka:
Czwartek: 31.08.2017r.
Odcinek: Swarzewo - Rzucewo
czas:  ~  12:30- 18:00 
Odległość po plaży: 2 km zrobione przez Makkę 
Odległość całkowita: 10 km 
Schodów: 0
Górki: 4