Gdybyście mieli jakieś pytania lub chcielibyście do mnie po prostu napisać prywatną wiadomość, możecie skontaktować się ze mną mailowo: olka.fasolka000@gmail.com

środa, 19 sierpnia 2015

Dzień piąty

Jako że dziś z samego rana dostaliśmy cynk o planowanej wizytacji, więc dziewczyny się przejęły i musieliśmy skorygować codzienny rozkład zajęć. Co prawda wizytacja dopiero w piątek ale już dziś trza było ogolić nogi, ogarnąć chałupę (żeby nic nie było na wierzchu), zrobić pranie i ogólnie doprowadzić się do jakiegoś ładu. Mało tego - stwierdziliśmy, że najwyższa pora na zaliczenie romantycznego zachodu słońca nad morzem, więc dziś wyruszamy na szlak zdecydowanie później. No i pewnie zdecydowanie później wrócimy...
Dziewczyny się ogarniały, a ja spokojnie haratałem w gałę z Olą, co nieodmiennie przyprawia ją o paroksyzmy śmiechu. Tu mała acz poważna dygresja techniczna: Ola ma problemy z wypróżnianiem i każda chwila radości przechodzącej w śmiech do rozpuku jest zbawienna dla jej perystaltyki i naprawdę ma działanie lecznicze. Wszak już starożytni mówili, że śmiech to zdrowie.
Po ogarnięciu się i nastawieniu pyrków na obiad postanowiliśmy trochę popływać korzystając z dostępnych środków indywidualnej komunikacji wodnej. Wybór padł na łódkę wielkości średniej (tak, aby wszystkich nas pomieściła z niezbędnym zapasem wyporności). Oczywiście największym wyzwaniem było po prostu wsiąść do łódki. Ale co to dla nas - po prostu wsiedliśmy, co widać na poniższym zdjęciu:


Jakeśmy się już umościli i od brzegu odbili, to zaraz spotkaliśmy znajomego, a nawet dwóch. Oto pierwszy z nich:
A drugi czyhał na nas u ujścia kanału do jeziora. Jego obecność można rozpoznać po stanie flagi:
A kierunek, pytacie? Tak, tak... W plecy. Jak już zawróciliśmy... ;) No co tu dużo gadać - tak duło w pysk, że nie szło wypłynąć na pełne morze, tfu! jezioro... A że wiaterek nas obrócił, to zawróciliśmy. Widoczek też był piękny:

Nie wiem, czy zdjęcie oddaje proporcje kanału - dość powiedzieć, że był za wąski by wiosłować i za szeroki, by się odpychać od obu brzegów na raz. :)
A teraz Agniecha ma głos: Proponowałam Zbyszkowi aby wskoczył do wody i pchał łódkę ale bał się mułu (bo przecież nie zaskrońców - przyp. Zbyszka).
No i jeszcze Ewa ma głos: To nie tak, że tylko kobiety się szykują na wizytę, o nie! Uprzejmie donoszę, że Zbyszek też musiał się przejąć - po kąpieli rozczesał włosy, co nie zdarza mu się często. O!  Tylko nie wiem dlaczego to wszystko robimy na dwa dni przed...? ;)
A dalej, to już rutyna. Pakowanie i naprzód! Ja z Agnieszką i Olą na plażę, a Ewcia z Groszkiem do Międzywodzia na parking. Widząc, że nadal mamy wiatr w przednie plecy, od razu zapakowaliśmy Olę "na muminka". 
Wtedy też wyszła nam bokiem rutyna albowiem okazało się, że nie mamy plecaka. Szybki telefon do Ewci i skucha! Plecak musiał zostać na kwaterze, bo i w samochodzie go ni ma... Trudno... Pójdziemy bez polara, szwedki i - co najgorsze - bez kanapek. Przynajmniej wody mieliśmy ze 4 butelki. Uzgodniliśmy z Ewcią, że zrobi zakupy i wyjdzie nam na przeciw...
Zaraz potem potrzebna była pierwsza przerwa techniczna aby z mumii zrobić baleronika. Tak duło, że aż podwiewało Oli pererynę. Dobrze, że na podorędziu mieliśmy lichawego ale jednak pajączka.
(A Kasia mówiła, żeby się ubierać w obcisłe, bo inaczej robi się żagiel. No to obcisnęliśmy Olę.)
Teraz pisze Ewcia: A ja pomyślałam, że odstawię Groszka, złapię stopa (tak się rozochociłam po wczorajszym) i dołączę do załogi kolejnym zejściem. Ale nie! Musiałam dygać kilometr do Międzywodzia i szukać pośród stoisk z pamiątkami spożywczaka. W ogóle to mam wrażenie,że ostatnio zostałam technicznym od zadań specjalnych. A! No i zostawili mnie bez wody. Prowiant kupiony, więc lecę na plażę z myślą, że zanim ich spotkam to sama ze sobą przejdę kawałek. Zwłaszcza, że wiatr w te właściwe plecy daje. Uszłam trochę, zaczynam mieć z tego przyjemność i widzę jakieś znajome ślady na piasku. Tak szybko??? To dzwonię do Yska, a on mówi żebym szła w głąb lądu. Ale gdzie? Do Dziwnowa? Nie! Po kładce dla wózków i do miasta. Ożesz, to się nabyłam sama.... A oto wspomniane ślady:
Oczywiście w rzeczywistości były one do góry nogami. ;) Ewcia idąca w głąb lądu z prowiantem i sandałkami wyglądała tak: (Tym razem Zbyszek zabawił się w paparazzi i upolował turystkę z reklamóweczką.) 
Po zebraniu ekipy w całość, podczas zżerania dostarczonego prowiantu, ustaliliśmy  dalszy plan, czyli poleźliśmy na żer. (Aga stwierdziła, że musi fastfuda. W ostateczności może być pizza. Zbyszkowi zaświeciły się oczka, a Ewa stwierdziła, że jej jest wszystko jedno...)
Upolowaliśmy jakąś pizzerię i w oczekiwaniu na wypiek Dziewczyny znalazły ustronne miejsce celem cewnikowania, A potem, mogliśmy oddać się rozkoszom obżarstwa.

Tu małe didaskalia: Jak zachęcić Olę do jedzenia? Dać jej okazję do odgryzienia palców osobie karmiącej. Czyli ktoś się musi poświęcić. Tu padło na Zbyszka.
Potem już nadszedł czas powrotu do miejsca, w którym przerwaliśmy naszą dzisiejszą peregrynację. I nagle! Pisk! Okrzyki zachwytu! Szał radości i wyrazy uznania!. (No... z tym ostatnim to przesadziłem - po prostu dużo radości ze spotkania rodziny w najmniej oczekiwanym miejscu i czasie - wszak stare chińskie przysłowie pszczół mówi "Chcesz spotkać znajomego - pojedź do Zakopanego" A przecież nie byliśmy w stolicy Tatr?!)
I tutaj Ola mogła wczuć się w rolę paparazzi:
W każdym razie, zaraz po wejściu na plażę (i ponownym stworzeniu baleronika) ruszyliśmy naprzód wciąż walcząc z żywiołem. Oraz z szumem fal i piskiem mew - bo w końcu trochę się ich pojawiło. Ledwośmy ruszyli, już dotarliśmy do drugiego i ostatniego zejścia dostosowanego dla wózków. Stał tam wielki namiot, więc postanowiliśmy poczekać w jego cieniu na zachód słońca.

Jak widać osoby na zdjęciu popadły w zadumę. Podpowiem co myślały:
osoba nr 1 - co ja odwalam?
osoba nr 2 - dadzą zagrać?
osoba nr 3 - z kim ja przyjechałem?
Prawidłowe odpowiedzi nagrodzimy uściskiem dłoni sponsora (on jeszcze tego nie wie)
Uważnym wyjaśnię: Chodziło o cień aerodynamiczny. W sensie, że siedzieliśmy na zawietrznej. 
A zaraz potem okazało się, że w namiocie są, uwaga, CYMBERGAJE!! :)
Ola sięgnęła więc po zaskórniaka od babci Mirki:

Nie było przebacz - każdy zaliczył partyjkę...


 Jako, że Ola ograła wszystkich, więc przemiły (a jakże!) pan z namiotu nagrodził ją kompletem malowanek. Oraz udostępnił zaplecze celem wycewnikowania Oli bo już nadeszła pora. A potem zasiedliśmy w pierwszym rzędzie pośród widowni oczekującej na zaćmienie słońca.
 Tak naprawdę czekaliśmy na zachód słońca, a Cioćka, w ramach przygotowań kalibrowała aparat fotograficzny robiąc zdjęcia ptaszydłom:



 Oraz skołowanemu Yskowi.
 A potem już same landszafciki, z których przedstawiamy jeden coby nie zanudzać czytelników:

Mała wprawka do oscarowej gali: Dziękujemy panu z namiotu za udostępnienie zacisznego zaplecza baru.
Mała statystyka: 
Środa 19.08.2015, 
Odcinek Camping Tramp (popod Międzywodziem) - Międzywodzie (drugie zejście dla wózków) 
Czas: 13:30 - 20:00 (Trochę długo bo taki klimat...) 
Odległość po plaży:  2,5km  (Słabo, co?... Bo wiatr był we wszystkich językach!)
  

wtorek, 18 sierpnia 2015

Dzień czwarty

Hmmm... Od czego by tu zacząć? Ponieważ to ja, Ysek, zacząłem, więc pozwolę sobie tylko wrócić do wczorajszego dnia i podkreślić, że dziewczyny (Agnieszka i Ola, noo... Cioćka trochę też) padły wczoraj jak kawki i przespały całe popołednie. Oczywiście słyszę właśnie wyrazy oburzenia i sugestie, że kłamię ale tak było, jako żywo!
A teraz krótki przegląd dzisiejszego dnia:
Zaczęło się rano - już Wy wiecie, od czego? ;) Tak, tak, drogie robaszki... Od PLANOWANIA! :)
Plan znów był krótki: Jedziemy do Wisełki razem, zaliczamy cymbergaja (prawie) razem, a jednocześnie robimy zakupy i kanapki na drogę. A potem ruszamy.
Realizacja planu wyglądała tak:
Zaliczamy cymbergaja.
Robimy kanapki:
No... macie rację, którym coś nie pasuje. Kanapki wtedy "się robiły" (Makka z Cioćką maczały w tym palce).
A potem już miły spacerek przyjemną drogą (zupełnie jak w górach - przypisek Cioćki) do plaży, gdzie zaskoczyło nas pozytywnie zejście przystosowane do wózków.


Nauczone przykładem z poprzednich dni posmarowałyśmy się kremem z filtrem 50 tam gdzie byłyśmy opalone, ramiona zostawiłyśmy nietknięte licząc, że samo się wyrówna.


Dalej standardzik: idziemy. 
Humory na razie dopisują.
Tym bardziej, ze Yskowi fala zmoczyła tyłek, gdy robił powyższe zdjęcie. Radość Olki z cudzego nieszczęścia - bezcenna.
Wciąż nie było tak, jak obiecywał Kuba T. i wiatr nie chciał wiać w plecy. (A przecież dziewczyny wcale nie są takie płaskie z przodu, a wręcz przeciwnie.  - przypisek Yska) Zgodnie z hasłem Monty Pythona dziewczyny znalazły jaśniejszą stronę życia i radowały się z darmowego piaskowego pilingu.
To ja Cioćka, na chwilę wyrwałam klawiaturę. Komentuję powyższe: jasne!
Dość szybko okazało się, że jednak silny przeciwny wiatr nie ułatwia sprawy. Ups... Widać to doskonale przez porównanie z następnym zdjęciem:

I tylko Olka się cieszy. Wiecie już z czego? ;)
Oczywiście było sporo przerw technicznych, łącznie dwie.

Oprócz przyjmowania płynów i pokarmów, spędzaliśmy je na zadawaniu sobie pytania "gdzie my kurna jesteśmy?"
Żeby dodać dramatyzmu niniejszej opowieści dodamy tylko, że zaginął podczas jednej z przerw telefon Yska czyli popiaskowego donosiciela. 
Wiatr z piaskiem w pysk, to pikuś. Grząski piasek i nieokiełznane fale to też pikusie. Dopiero zestawienie ich wszystkich z naszym taborem może oddać powagę sytuacji.
Plan ogólny:
Plan szczególny:
Dziewczyny rechoczą, a ja proszę zwrócić uwagę na gustowne udekorowanie górnych poręczy. Tak, tak... To skarpetki Oli - po zdradzieckiej napaści jednej z fal musieliśmy dokonać obsuszania przez rozbieranie. A zaraz potem ogrzewanie przez opatulanie. Zupełnie serio podpowiem, że nas rozgrzewał ruch, a Ola jednak była na najbardziej wysuniętym w stosunku do wiatru posterunku i przyjmowała cały impet. 
Oto nasz muminek:
Zdjęcie zostało wykonane na zejściu z plaży na wysokości kempingu Tramp, gdzie zakończyliśmy dzisiejszy etap nierównej acz wciąż zwycięskiej walki z przeciwnościami. Tu: najbardziej przeciwnym wiatrem. I tak jesteśmy dumni z dzisiejszego osiągnięcia, co można przeczytać w statystyce poniżej.
PS (czyli przypomniałem sobie)
Telefon się znalazł - dziękujemy nieznajomej acz przesympatycznej (sądząc po głosie) pani, która go podniosła, otrzepała z piasku i przytuliła do ucha, a następnie przekazała przesympatycznemu (a jakże!) panu parkingowemu, który z kolei - po małym quizie na temat kolorów telefonów - oddał go nam z uśmiechem.
Dziękujemy wszystkim kierowcom samochodów jadących drogą 102 w stronę Międzywodzia, że nas nie rozjechali ani nawet nie zdmuchnęli z pobocza, którego nie ma na tej drodze.
Cioćka dziękuje również (a my razem z nią) dwóm nieznajomym kierowcom, którzy kolejno umożliwili jej dotarcie do Wisełki celem odbioru naszego Groszka. I całe szczęście, że dojechała cało. I zdradziła nam, gdzie są klucze od kwatery, bo ona nie wzięła kasy, my kluczy, a Agniecha wlazła tylnymi drzwiami i nawiązywała konwersację przez okienko z Yskiem i Olą siedzącymi na ławeczce i udającymi, że wcale nie chce im się do domku...
Zupełnie serio dziękujemy za nieoczekiwane i tym bardziej pozytywnie rozwalające wsparcie od PoPiaskowych wędrowców. I to nic, że do Dębków, to może w przyszłym roku dojdziemy. :) 
Wszystkim, którzy nas wspierają sesemesami, emaliami, komentarzami i - tak po ludzku - myślami, również serdecznie dziękujemy. Nawet nie wiecie (a i chyba my nie do końca zdajemy sobie z tego sprawę) jak dużo dla nas to znaczy. W sensie - daje nam siłę walczyć z przeciwnościami. I nie tylko losu...
To jak? Poczuliście się jak na gali oscarowej? Bo my troszeczkę już tak. :)
I tym optymistycznym akcentem kończymy dzisiejszą fiszkę i idziemy lulu... 
Tutaj Agnieszka dodaje swoje zdanie:
Ja chciałam tylko napomknąć taki niusik z dzisiejszego poranka, jak to Zbyszek pyta się Ewci: "Kochanie - bejbe Ty moje- gdzie jest nasza ładowarka?" Na co bejbe (czyli Ewcia) odpowiada słodko "na wierzchu". A ja rozglądam się i sobie myślę: "Kurcze! Ale przecież tu wszystko jest na wierzchu!" :D
Ot, taka mała refleksja, jak sobie mieszkamy. I nawet wózek nocuje dziś pod gwiazdami, bo przecież nie będzie padało... :)
Mała statystyka: 
Wtorek 18.08.2015, 
Odcinek Wisełka - Camping Tramp (popod Międzywodziem) 
Czas: 12:30 - 15:00 
Odległość po plaży:  6,6km  


Dzień trzeci

Wczoraj już Cioćka napomknęła o nieśmiertelnym i wciąż modnym sposobie opalania się nad morzem. Dziś możemy zademonstrować wizualizację w wykonaniu Makki, która zaraz po porannym ogarnięciu się i wychynięciu na światło dzienne jęknęła głośno i radośnie "O boże... Alem się zjarała!" Osoby o słabych nerwach prosimy nie patrzeć oraz nie regulować odbiorników.
(Już po załadowaniu do bloga powyższego zdjęcia, Cioćka stwierdziła ze smutkiem, że jej opalenizna nie była aż tak spektakularna...)
W każdym razie, porannych odkryć jeszcze nie nadszedł kres (że się tak poetycko wyrażę) Owoż w nieodległej odległości miejscowy jednooki kocur zabawiał się jakąś sznurówką. Zaciekawiony podszedłem bliżej i dosłownie w ostatniej chwili wyrwałem z paszczy potwora milusie zwierzątko. Nie omieszkałem pochwalić się dziewczynom, na co zareagowały głośnym ŁaAaaa!.. Tylko Ola wykazała się stoickim podejściem do życia i olimpijskim spokojem w obliczu gada:


 Zaskroniec został następnie deportowany w krzaki i już spokojnie mogliśmy przystąpić do ulubionej porannej czynności czyli planowania dnia ;)
Planowanie było krótkie, bo co tu planować. Agnieszka na plażę, a my do miasta po łożyska.
Wróciliśmy więc do Międzyzdrojów, wysadzić Agniechę w miejscu, gdzie wczoraj zakończyła swój marsz. Pożegnanie było krótkie i wesołe, choć w powietrzu wisiało kilka pytań; Jak sobie poradzi? Jak my sobie poradzimy z Olą? No i najważniejsze: Jak Ola poradzi sobie z nami? ;)

Zgodnie z sugestią gospodarzy kwatery udaliśmy się do Kamienia Pomorskiego, gdzie dojazd do polecanego serwisu skuterów wraz z parkowaniem trwał dłużej niźli sama wymiana łożysk, która zajęła panom (przemiłym) jakieś 5 minut. Cóż było robić? W samochód i na promenadę do Dziwnowa polansować się troszeczkę.


Nie byłoby prawdziwego lansu bez lodów. Tym bardziej, że Olę zaczął łapać stresik co z Makką? A wiadomo, że stres najlepiej jest zajeść.


Zbyszek wysadził nas na promenadzie, gdzie były tylko ryby, więc do oglądania niewiele atrakcji. Bez błyskotek i chińskich pamiątkowych ciupag znad morza trudno było Olę rozerwać. Tak więc znowu w samochód i naprzód do Wisełki skąd spodziewaliśmy się odebrać Agnieszkę. Po dłuższym kołowaniu udało nam się zaparkować akurat pod piekarnią z prawdziwym chlebem, a trzeba wiedzieć, że po kilkudniowym zażeraniu się pieczywem z marketów to prawdziwa uczta dla zmysłów. Chwila moment i dzwoni Agnieszka, że schodzi z plaży. Umówiliśmy się pod pocztą i w oczekiwaniu na spotkanie, aby spacyfikować Oli focha, Ysek dał namówić się na grę w cymbergaja.
Ja stoję przed salonem gier i widzę tłumek ludzi rozglądających się dookoła i próbujących coś komuś wytłumaczyć. Kiedy dotarło do mnie słówko "poczta" zakradłam się z aparatem wiedziona niezawodną babską intuicją i jak prawdziwy paparazzi udało mi się cyknąć fotkę z zaskoczenia:


Już w komplecie wróciliśmy do bazy. Sportowcy wiedzą, że po wysiłku fizycznym trzeba uzupełnić węglowodany. My też to wiemy, bo my w ogóle dużo wiemy ;) Tak więc do garów, a właściwie gara, bo potrawy jednogarnkowe rządzą, parę minut i obiad gotowy. Dla zainteresowanych podaję przepis: wrzucamy co mamy w lodówce do gara, na to makaron, na makaron trochę sera, na ser pomidor. Zapiec.

Po takiej wyżerce należy się leżakownie, Ale nie technicznym! Zbyszek musiał założyć koła do wózka i zrobić mu przegląd techniczny, a ja musiałam mu zrobić zdjęcie.


A teraz pora na Telesfora, czyli Agnieszka donosi, co się działo, gdy jej nie było:
No właśnie... A ja, wyposażona w mapę, na której się nie znam, z przykazaniem "idź czerwonym szlakiem" poszłam do przodu. Kawcza Góra. Żaden problem - widać ją z daleka, schody wysokie. Szlak czerwony na kamieniu (kiedyś bym pomyślała, że ełkaesiaki tu były - podróże kształcą). Mam dojść do klifu - ale jak wygląda klif? W życiu go nie widziałam! :) Jak już do niego doszłam, to pomyślałam, że - skoro nie ma nic innego - to pewnie jest on. Miałam minąć największy głaz, ale tyle ich było, że nie chciało mi się mierzyć każdego celem ustalenia największego. O kurna, ale podróż! Idę sobie i rozglądam się, gdzie tu jest to GrodnoI? Wiatr się zerwał - Kuba Terakowski twierdził, że będzie w plecy, a tu jakoś nie tak. I w poszukiwaniu GrodnaI tak się zastanawiam, dlaczego nie ma żadnych tabliczek? Na przykład z napisem "Jesteś w Grodnie". Jakiś miły pan poinformował mnie, że najpierw będzie jedno zejście, potem drugie zejście a na końcu wielki zjazd dla wózków i to już będzie Wisełka. A ja przy Grodnie II - wielkie halo! Cztery schodki...
Tak sobie szłam i szłam a wiatr w oczy wiał... Jak zobaczyłam, że tłum gęstnieje, to okazało się, że już jestem na zejściu do Wisełki. Pod umówioną pocztę (która tak naprawdę nie istnieje). No! Dziękuję Państwu! ;)
A teraz serio: Całe szczęście, że nam się to łożysko rozpadło i szłam sama - na odcinku Międzyzdroje - Wisełka, teren był bardzo trudny, kamienisty i z wózkiem nie do pokonania.
Mała statystyka: 
Poniedziałek, 17.08.2015, 
Odcinek Miedzyzdroje (ul. Campingowa, baza rybacka) - Wisełka. 
Czas: 10:42 - 15:00 
Odległość po plaży:  7,8km  




poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Dzień drugi

Chyba wprowadziliśmy nowa świecką tradycję i dzień zaczynamy od kawy i ustalenia trasy. No dobra, sprawdzamy jeszcze ilu nam przybyło kibiców na blogu :)

Dzisiaj po dlugaśnym dojściu do plaży (4km ulicą) dotarliśmy do drugiej strony falochronu. Samo dotarcie do linii przyboju wymaga siły Herosa czy innego greka. Na szczęście mieliśmy na pokładzie Yska, który nie tylko napiął muskuły, ale jeszcze pokazał nam sztuczkę techniczną w postaci ciągnięcia wózka za przednie koło. Dobrze, że nie znałyśmy jej wczoraj, bo ominęła by nas pomoc wyciągania Oli z plaży przez przystojnego plażowicza (może nawet Greka, ale bardzo dobrze mówił po naszemu).
Przy brzegu nasz piękny kraj kończy się pochyłem, więc trzeba zmienić ustawienie wózka. Wczoraj, kiedy to robiłyśmy z Agnieszką jakoś dłużej nam zeszło. Śrubki śrubkami, ale na przodzie są jeszcze takie wajchy, które są dla nas tajemnicą, bo nie słuchałyśmy uważnie wykładu. Dałyśmy radę, ale dzisiaj trwało to moment. No ale konstruktor wie co czyni.
 Wózek ustawiony, więc do dzieła! Ja jako miłośniczka gór zapewne nie zauważam wielu przymiotów morskich klimatów. Widzę, że morze szumi, słońce świeci, jakaś mewa przeleci, muszelka wejdzie w stopę, miniemy trochę golasów i takie tam...aż do popasu (rym niezamierzony).
Kanapka, woda, wytrzepujemy piasek z majtek i do przodu.
Zbyszek przejął stery żeby Agnieszkę odciążyć i tak wyrwał, że marsz przeszedł w gonitwę za nim. Okazało się, że nie tylko my ledwo zipałyśmy, ale i wózek powiedział dość. Przechodzimy do technikaliów, więc głos tfu klawiaturę oddaję Yskowi.
Cioćka Ewcia trochę przesadza z tym  wyrywaniem i gonitwą za mną - po prostu pchanie wózka po linii przyboju wymaga dosłownego przyłożenia się i zachowania pewnej prędkości. Inaczej każda fala omywająca koła powoduje ich zapadanie się i niepotrzebny wzrost oporów toczenia. A nie daj boże zatrzymać się w takiej fali - wózek zapada się tak, że dupa. W sensie - trudno go wyrwać z miejsca. Na dodatek morze tego dnia było ciut mniej spokojne niźli wcześniej i linia przyboju często była wyraźnie odgrodzona skarpą suchego piasku - nie było innego wyjścia jak próbować przebiec pomiędzy nadciągającymi falami. Oczywiście nie zawsze się to udawało, a rzekłbym nawet, iż rzadko się udawało. Zdecydowanie rzadziej niż częściej... Co oczywiście wywoływało wybuchy niepohamowanej radości Oli. Po jakimś czasie zacząłem odnosić wrażenie, że wzrosły wcześniej wzmiankowane opory toczenia - położyłem to na karb zwiększonej miąższości mokrego piasku i zacząłem już kombinować, jakie koła zastosować w przyszłości coby nasz wózek toczył się lżej - również po suchym piasku. W każdym razie nie zdążyłem dojść do żadnego konkretnego wniosku, bo zorientowałem się, że lewe koło (to częściej zanurzane w morzu) siakoś tak dziwnie się kiwa. Prawie niezauważalnie ale jednak... No kiwa się i już! Pochyliłem się nad nim i z przerażeniem zorientowałem, że chyba coś złego dzieje się z łożyskiem zewnętrznym. Przerażenie ustąpiło złości (na samego siebie) gdy przypomniałem sobie, że miałem kupić na zapas komplet porządnych łożysk i profilaktycznie zabrać ze sobą. Oczywiście z zapobiegliwości nic nie wyszło i zostaliśmy na samym środku plaży nudystów z rozlatującym się łożyskiem...
Tych kilka chwil poświęconych postawieniu diagnozy wystarczyło by dogoniły mnie czemuś zarumienione dziewczyny ;) (więc wcale tak nie gnałem) i mogłem zakomunikować im straszną nowinę. Na całe szczęście całkiem blisko było wyjście z plaży - nic to, że po całkiem wysokich schodach - rzut oka na mapę i już wiemy, co robić: Ewakuujemy się z piasku, regenerujemy siły, dzielimy zasoby i rozdzielamy się. Ja z Ewcią i Olą (oraz ochwaconym wózkiem) podążamy przez las do drogi krajowej 102 oraz nieodległej stacji kolejowej Lubiewo i próbujemy złapać jakiś zbiorkom do Świnoujścia. Agnieszka zaś kontynuuje marsz na wschód (wszak tam musi być jakaś cywilizacja) i wychodzi nam na spotkanie gdzieś w okolicy Międzyzdrojów. 
Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Agnieszka na plażę, a my? Krętą ścieżką poprzez las, hyc, hyc przez tory i pół kilometerka poboczem i jesteśmy na przystanku przy dworcuniu (zdrobnienie uzasadnione gabarytami). Ewcia poszła zasięgnąć języka a ja zabawiałem Olę zachowując czujność komsomolską na kierunek wschodni. Opłaciło się - nie minęło kilka chwil i zauważyłem nadciągający autobus linii 10. Akurat Ewcia wracała z dworcunia - wspólnie (przy życzliwej asyście przemiłego pana kierowcy) zapakowaliśmy się i już po chwili wysiadaliśmy przy naszym Groszku w Świnoujściu. A potem tylko szybkie zakupy w Biedrze przerwane telefonem od Agnieszki z informacją, że minęła molo i zaraz będzie schodzić z plaży. Więc my wtedy hyc! Załoga do woza! i po odcumowaniu skierowaliśmy dziób wozu (i nasze przy okazji też) w jedynie słusznym kierunku - po Makkę i na kwaterkę! :)
A co się działo na plaży, to już opowie Agnieszka, która tak wyglądała, gdyśmy ją ostatni raz widzieli:

A moja powieść będzie krótka. Towarzystwo mnie opuściło, więc bez Olki nogi jakoś tak szybko rwały do przodu. Patrzeć a znalazłam się pod molo w Międzyzdrojach. Chciałam dojść do przystani rybackiej, ale nie bardzo wiedziałam jaka jest odległość jako, że z mapą mam problem (na mapie była odległość na palec). Zapytałam więc przechodzących lodziarzy czy do przystani jest dalej niż do Świnoujścia. Oni mi na to: Pani! Świnoujście jest w drugą stronę. To mówię im, że wiem, bo stamtąd idę, nawet z wózkiem szłam, ale się popsuł. Chłopcy mi pogratulowali młodzieżowym "szacun" i poszłam dalej. Do przystani doszłam ino mig. Zaopatrzyłam nas w rybki i ruszyłam na trasę 102 czekając na mojego tira. A dalej już wiecie.

Jeszcze raz ja (Cioćka), bo ważne. W górach zapewne by mnie to nie zdziwiło, ale tutaj zupełnie nie pomyślałam, że wychodząc w rześki i pochmurny ranek po godzinie pogoda zrobi się iście plażowa.
Tak więc prezentowałam się w długich spodniach i czarnej koszulce.Zdzierżyć to było trudno, więc spodnie poszły do koszyka pod wózek, a ja dzielnie ruszyłam dalej w bieliźnianych majtkach. Na szczęście w jedyny słuszny wzorek nad morzem czyli w paski (łudziłam się, że przypominają marynarskie). Chłodna bryza od morza zmyliła mnie okrutnie (to pewno za to chwalenie gór) i po powrocie na kwaterę okazało się, że mam na sobie cudowną opaleniznę na tzw. rolnika czyli ręce opalone do znaku po szczepionce i kawałek karku. A nogi nadal białe jak u księgowej z młyna. Bajka!

Niedziela, 16.08.2015r.
Odcinek Świnoujście (wschodni falochron) - Międzyzdroje (baza rybacka)
Czas 12.30 - 17.00
Odległość 11,2km (z czego 2/3 z wózkiem)




niedziela, 16 sierpnia 2015

Dzień pierwszy

2 godziny później:
Wstaaaajeeeemyyy...
Kawka, mapa i w drogę!
Plan na dziś: Rozpocząć Dłuuugi Marsz od granicy w Świnoujściu. Jedziemy więc i jedziemy, a potem czekamy i czekamy, a potem płyniemy i znów jedziemy i wreszcie parkujemy. Bliżej się nie dało. Zaraz potem krótka dojściówka i już jesteśmy:
A zaraz potem TADAAAM! Wreszcie plaża! :)
Olka taka szczęśliwa, bo:
1. Nie wiedziała, że ma robione zdjęcie.
2. Ysek sapał i stękał przeklinając pod nosem grząski piach. (niby jaki miał być na plaży?) A przecież cudze nieszczęście zawsze wywołuje u Oli radosny śmiech. A nawet perlisty. :D
Wszyscy czujemy, ze tak naprawdę dopiero teraz się zaczyna... (Aż "makka" czyli Agnieszka czyli mama, uściskała Cioćkę - jak wiadomo czyli Ewę czyli krzesnomakkę.) A potem wzięła się do roboty pod czujnym okiem technicznego i Neptuna:
A potem szły i szły i szły (czasem tylko mówiąc "dryń, dryń"! Albo "titiiit" No... W ostateczności "przepraszam!" gdy jakiś plażowicz wciąż nie rozumiał onomatopeicznej prośby o ustąpienie przejścia.) aż doszły.
Znawcy rozpoznają stawę młyny na zachodnim falochronie ujścia Świny. Nieznawcom musi wystarczyć informacja, że jest to stawa młyny na zachodnim falochronie ujścia Świny.
Dalej było już nie tak różowo bo trudno jest zapytać po niemiecku "którędy do portu" (zwłaszcza jak się nie miało "niemca" w szkole). No i na horyzoncie siakieś chmury zaczęły się gromadzić. A na ścieżkę ktoś nawrzucał kamieni. I wciąż nikt nie mówił po polsku... Przypominamy, że szłyśmy od granicy na wschód. Nie na odwrót.
A potem był prom, spotkanie z Yskiem który przyprowadził Groszka i do domu czyli na kwaterę czyli promem przez Świnę (jak się nauczymy włączać blutufa pokażemy na fotkach, bo się chyba komputer zaciął).
Co ważne! tego wyczynu dokonaliśmy na dwóch kanapkach i po pół góralki na głowę, bo nie skumaliśmy że już święto i nawet żabki nie rechotały ;) Ewa Chodakowska byłaby z nas dumna ;)
Potem tylko szybkie tańce i zimne placki ziemniaczane (bo rybki się skończyły) i lulu. CDN....

Mała statystyka: 
Sobota 15.08.2015, 
Odcinek Świnoujście (granica) - Świnoujście (zachodni falochron)
Czas: 16.00 - 17:00 
Odległość po plaży:  3,3km  


Zaczęło się...

Od ostatniego wpisu minęło trochę czasu wypełnionego intensywnymi przygotowaniami. A to serwis naszego Groszka, a to ostatnie ustalenia menu, a to odkreślanie listy zakupów... Jeszcze tylko zabudować półki, jeszcze tylko spakować walizy, jeszcze tylko zaklepać kwaterę, jeszcze tylko kanapki na drogę i ... ruszamy!
Ekipa techniczna nr1 czyli Cioćka (czyli Ewa) z Yskiem (czyli Zbyszkiem) wyruszyliśmy z godzinnym opóźnieniem. Wszystko dzięki ekipie technicznej nr3 (Baśka czyli Paulina z Bubą czyli Kubą), która pożegnała nas uroczystym grillem. Na starcie przywitała nas Agnieszka z Dyziem czyli głównym sponsorem.
Jeszcze szybkie dopakowywanko czyli upychanie: sprzętu, walizek, misek, pudeł z cewnikami, paczką pampersów i podkładów jednorazowych, leków, materaców i poduszek przeciwodleżynowych. Żeby tylko nie zapomnieć wózka, drugiego wózka, no i oczywiście suszarki do bielizny.
I w sumie moglibyśmy już ruszać (nawet Ola chciała już wsiadać) ale czekaliśmy na resztę ekipy technicznej nr2, która również chciała nam uroczyście zrobić PaPa... Wreszcie dotarła Kasia i razem z Dyziem pomachali nam na dowidzenia życząc bąwojaża i wszystkich świętych. Była godzina 22:25.
Po dojechaniu do krajowej jedynki i szybkim acz zgrabnym włączeniu się do ruchu, już po 100 metrach okazało się, że godziny spędzone nad mapami podczas planowania najbardziej optymalnej trasy Starowa Góra-Kołczewo (jedyne 510km wedle gugle mapsów) i spisywania wszystkich czekpointów, wraz z rozpiską na arkuszu A4, możemy sobie wsadzić w buty albo gdzie kto chce. Wszystko przez to, że każde z nas miało inną wizję przejazdu przez miasto Uć. Dlatego też po prostu pojechaliśmy tak,jak powiodła nas droga z pierwszeństwem. Jednogłośnie stwierdziliśmy, że wszelkie udogodnienia na literę G (gugle i giepesy) są przereklamowane i najważniejsze, że jedziemy na pólnoc. Czyli (chwilowo) na zachód. A potem na wschód. A potem się zobaczy... ;)
Droga wyglądała tak, jak przedział pasażerski Groszka po przyjeździe na miejsce:
Na miejscu byliśmy już o 8:25 (czyli tylko 10h w podróży) po przejechaniu tylko 605 kilometrów (odliczyliśmy już 10km zużytych na trafienie do kwatery za trzecim razem).
Okolica przepiękna, kwatera obszerna, manele rozpakowane, można się walnąć celem odespania zarwanej nocki.


niedziela, 26 lipca 2015

Wakacje z barierami - cz. II

Ależ ten czas leci! Dopiero co pisaliśmy o całym pomyśle a tu już 2 tygodnie minęły...
Na drugi dzień po opublikowaniu poprzedniego wpisu okazało się, że jednak nasz pomysł nie kwalifikuje się do zorganizowanego wsparcia społecznościowego i musimy liczyć na własne siły. Phi! Nic nowego - całe życie Olka i jej mama pokazują, że Polak potrafi, więc i tym razem dadzą radę! :)

Ja wam pokażę!
 Już tydzień później odbyło się następne spotkanie organizacyjne - tym razem połączone z prezentacją prototypu funkcjonalnego wózka. Oto on:
Najbardziej chodziło o potwierdzenie słuszności przyjętej koncepcji pojazdu, ustalenie najlepszego pochylenia siedziska i oparcia oraz właściwe usytuowanie środka ciężkości.
Później był następny pracowity tydzień zakończony w piątek pierwszymi badaniami trakcyjnymi. Specjalnie dla Was przygotowaliśmy ściśle tajny materiał zdjęciowy z prób terenowych na terenie śródlądowej wydmy w samym centrum Polski. ;)
Na siedzeniu widoczne obciążenie zastępcze w postaci worka gipsu i worka suchego betonu. ;) Razem 45kg. Próby na leśnych dróżkach wypadły zachęcająco, choć te na wydmie wprawiły nas w pewną konsternację - opory ruchu w bardzo suchym i kopnym piachu były dość znaczne i przekraczały nasze oczekiwania. Braliśmy taką możliwość pod uwagę - ze względu na mocno ograniczone fundusze postanowiliśmy zacząć od rozwiązań najprostszych i najtańszych. Skorzystaliśmy więc z promocji w jednym ze znanych marketów budowlanych i zanabyliśmy drogą kupna dwa śliczne ośmiocalowe koła do taczki w cenie 29,90 za sztukę. Wyszliśmy z założenia, że jeżeli się nie sprawdzą, to dopiero wtedy zastosujemy rozwiązanie numer dwa czyli koła od motoroweru o odpowiednio większej średnicy i dostatecznie dużej szerokości. Wkrótce po powrocie z prób terenowych doszło do telekonferencji na linii biuro konstrukcyjne <> główna kwatera Oli podczas której zawyrokowano, że testowe podłoże mogło być niereprezentatywne. ;) Czyli Agnieszka stwierdziła, że może nie będzie tak źle...
Umówiliśmy się na spotkanie w następne popołudnie i już wspólne testy. Sama Ola nie mogła się ich doczekać. Po usadowieniu się w podstawionym wózku, mama Oli przymierzyła się do przyrządów sterowniczych i pochwaliła ich konfigurację. Następnie wyruszyliśmy na spacer. I tu pierwsze pozytywne spostrzeżenie: O ile podczas normalnych spacerów (z wykorzystaniem olinego standardowego wózka inwalidzkiego) prędkość marszu była ciut poniżej przeciętnej, o tyle teraz całe zdrowe i sprawne towarzystwo nie nadążało za Agnieszką i Olą! :) A to wszystko na osiedlowych uliczkach bez nawierzchni asfaltowej! Dodatkowo, przed pobliskim domem w trakcie budowy, zastaliśmy wymarzony teren do testów plażowych: sporą łachę rozsypanego piachu do tynkowania. Na dodatek godzinę wcześniej przeszła solidna burza, więc łacha naprawdę wspaniale udawała plażę z linią przyboju. Agnieszka z Olą na wózku i asystującym im Zbyszkiem zchodzili tę łachę w te i we w te po kilka razy nie mogąc się nadziwić jak lekko - zwłaszcza w porównaniu ze zwykłym wózkiem inwalidzkim na wąskich kołach - można pokonywać tak nieprzyjemne bariery terenowe. :)
Powrót do domu w doskonałym humorze:
 Jeszcze tylko krótkie acz wyczerpujące podsumowanie i decyzja Agnieszki: Jest dobrze! Uff! :)
A i tak wszystko okaże się już za 3 tygodnie i wtedy dopiero rozpoczną się prawdziwe testy.
Teraz tylko zastąpić wszystkie prowizoryczne rozwiązania docelowymi, podorabiać brakujące szczegóły (na przykład daszek przeciwsłoneczny i mocowanie wodoodpornej sakwy na bagaż), no i pomalować wszystko porządnie - z morską wodą nie ma żartów!
Autor: Ysek


niedziela, 12 lipca 2015

Wakacje z barierami

Na początku było słowo... A właściwie kilka słów, w których Agnieszka - mama Oli - przedstawiła nam swoje marzenie: Przejść pieszo całą plażę polskiego wybrzeża Bałtyku.
Wielka mi rzecz! Mógłby kto skwitować - poczet bałtyckich długodystansowców liczy już 394 osoby i lista wciąż się wydłuża. Szkopuł tkwi w tym, że Agnieszka chce tego dokonać wraz z Olą. To też nic wielkiego. Wic polega na tym, że przecież Ola urodziła się z rozszczepem kręgosłupa i porusza się tylko na wózku inwalidzkim.
Wypowiedziane marzenie wzbudziło w nas wielki entuzjazm i postanowienie, że zrobimy wszystko, by jej to umożliwić. Natychmiast zaczęliśmy snuć plany i roztaczać wizje podróży. :)
Aby ułatwić to przejście musimy zbudować specjalny wózek, zdolny do uniesienia Oli wraz z niezbędnymi utensyliami (zestaw do cewnikowania, zapas lekarstw i prowiantu, itp.) i przystosowany do poruszania się po piasku. Dodatkową uciążliwością wędrowania po plaży jest jej nachylenie poprzeczne. Dlatego wózek musi mieć odpowiednie ogumienie i być tak skonstruowany by mieć możliwość pochylania fotela w zależności od nachylenia plaży.
Urlop jak urlop - zwłaszcza nad morzem. ;) Każdy musi dojechać i mieć gdzie spać. Ale! W tym przypadku - oprócz normalnych wydatków - dochodzą właśnie koszty zbudowania wózka i zorganizowania busa technicznego. Dlatego postanowiliśmy skorzystać z portalu www.PolakPotrafi.pl. Wysłaliśmy zgłoszenie i czekamy na weryfikację projektu. Jesteście pierwszymi, którzy o tym wiedzą! :)
O postępach w przygotowaniach i realizacji marzenia będziemy informować na bieżąco.
Autor: Ysek i Cioćka

poniedziałek, 27 stycznia 2014

"Moja Pani "

Obiecałam wcześniej przybliżyć szkołę i klasę, do której uczęszcza Ola. Klasa liczy sześcioro dzieci, pięciu chłopców i Ola jedyna na wózku. Ta gromadka jest pod opieką "Naszej Pani", która uczy, wychowuje, organizuje rozrywkę, konkursy, chodzi z dziećmi na herbatkę do pobliskiej kawiarenki lub na zakupy do sklepu. I tak np. z zakupów spożywczych sporządzana jest sałatka, którą wspólnie zjadają. Pani ma duże zdolności manualne, robi piękne dekoracje klasowe i okolicznościowe laurki. Wspólnie z dziećmi wykonuje dekoracje świąteczne, różne ozdoby, które można nabyć na kiermaszu szkolnym wspomagając konto "Przystań Marzeń" ale o tym później. Klasa Oli przystąpiła do konkursu w internecie, który wygrała. W nagrodę pojechały do Francji, do miejscowości Le Cap D'agde nad morzem. Znalazł się sponsor, który dzieci zawiózł i przywiózł. I tak dzięki zaangażowaniu "Naszej Pani", odrobinie szczęścia i życzliwości ludzi, dzieci spędziły tydzień upalnego czerwca na francuskiej Riwierze. Ciepły, serdeczny stosunek do tych chorych dzieci, znajomość ich psychiki, indywidualne traktowanie każdego z nich, sprawia, że każde dziecko czuje się ważne i zauważone. Trudno się rozstać z Panią nawet na wakacje. Ola w czasie wolnym od szkoły często straszy nas, że wszystko powie "Mojej Pani". Będąc na wakacjach w pierwszym dniu i przy pierwszym straganie kupuje za własne pieniądze korale dla Pani. Bardzo pilnowała te korale, przekładała z miejsca na miejsce i szczęśliwie ich nie zgubiła i z tym prezentem przyjechała do domu. Jakie było jej zdziwienie, smutek i złość, że we wrześniu w szkole nie było Pani. Pani jest na urlopie macierzyńskim. Korale są w plecaku i czekają na następny wrzesień. A teraz wysyła do Pani puste sms-y, bo z pisaniem kłopot. Pani odpisała Oli, że te sms-y traktuje jak puste koperty z piosenki Piotra Szczepanika i też o niej często myśli. I tak wszyscy czekamy na wrzesień 2014.

Wrócę jeszcze do wspomnianej wcześniej Przystani Marzeń. To miejsce w szkole, gdzie dzieci po jej ukończeniu mogą tu przychodzić i spędzać czas na interesujących zajęciach. Jest kącik kulinarny, malowania, szycia. Ale to trzeba jeszcze wyposażyć. Pomyślałam, mam maszynę do szycia nowego Singera kupionego dawno temu w czasach kiedy kupowało się co było w sklepach, a nie co było potrzebne ... Więc podarowałam ją szkole, niech będzie wykorzystana. Do maszyny dołączyłam życzenia świąteczne i wierszyk na tę okoliczność. Cytuję:

Dobre wróżki z Oli szkoły
Mają dar nad dary,
Bo marzenia szyją dzieciom
Według serca miary
aby ufnym dzieciom - marzeń
mogły uszyć więcej
ofiarować pragnę w darze
to, co niosę w ręce
Nie jest to igiełka tycia
Co ją zgubić łatwiej
To maszyna jest do szycia,
By służyła dziatwie
Niech ten dar od Babci Oli
hojność w innych też wyzwoli.

Nie pomyślałam co ja tym gestem wywołam.
Pani w odpowiedzi napisała:

Karta od Babci Oli z wierszem, sprawiła że nie posiadam się ze wzruszenia. Przyrzekam i proszę dać mi chwileczkę na odpowiedź. Bo to tak nie może zostać! Najpiękniejszy wiersz o szkole specjalnej w historii Oligofrenopedagogiki. Uwielbiam i już.

Później w podziękowaniu od dzieci dostałam laurkę z uroczym wierszykiem:

Za maszynę i za serce
podarować chcemy w kilku
co zrobiły nasze ręce
-trochę senną sowę z filcu.
Uszyliśmy ją fastrygą
bo nie było Twej maszyny
ale teraz już inaczej
szyć się w szkole nauczymy!



Oczywiście sowa jest piękna i wisi na widocznym miejscu.



To co opisałam to tylko strzępy wiadomości, telegraficzne skróty tego co dzieje się w szkole. Przypominam sobie, że był dzień misia, dzień kibica, karnawałowy bal w strojach z lat dwudziestych, wycieczki wiosną do lasu, jesienne ogniska z pieczeniem kiełbasek. To były dni pełnej szczęśliwości dzieci.
Dzięki "Moja Pani"!

autor. Babcia Mirka